Maraton Lubelski - relacja Adama.

Jak już wspominałem, w I Maratonie Lubelskim wystartowały również osoby, które chciały pomóc nam w promocji akcji "Biegnę, żeby Bartek mógł biegać", i o to mamy pierwszą relację z tego maratonu.
Adam pisze:
fot. Dorota z www.bliczek.pl
Wytrzeźwiałem z endorfin, to może coś skrobnę o ostatnio przebiegniętych 42km i 195 metrach po "tamtej" stronie rzeki.
Właściwie nie wiadomo kiedy zrodził się pomysł wystartowania w Lublinie.
Organizatorzy sprytnie podeszli biegaczy i umiejętnie podgrzewali atmosferę organizując serie biegów pod nazwą "Cztery dychy do maratonu". Zdarzyło mi się pobiec na próbę w drugiej i trzeciej "dysze" przybiegając nawet przed panią ministrą:)
Przez część zimy zastanawiałem się czy pobiec maraton, czy raczej go sobie odpuścić, Zmarnować taką okazję i nie wystartować w imprezie numer 1, żeby za 30 lat być w trójce osób, które ukończyły wszystkie edycje biegu. Marzenie? Od czegoś trzeba było zacząć.
Start.
Nastawienie - przecież to już mój czwarty maraton, wiem jak to robić. Początek spokojnie, przecież jest dużo podbiegów trzeba rozłożyć siły, najlepiej biec taktycznie i nieco przyspieszyć po 25 kilometrze na płaskim terenie. Ja to wszystko wiem. I co z tego. Do połowy dystansu biegłem jakieś sto metrów za balonikami na 4:15 po połowie już nie było czym biec, może przez to, że coś do zjedzenia było dopiero na 18 kilometrze, a najpewniej przez to, że nie byłem wybiegany. Niektórzy mówią, że maraton zaczyna się po 30 kilometrze,  mnie tym razem zaczął się po 20, a na 25 właściwie skończył, kiedy zobaczyłem jak z grupy4:15 odpadła pacemakerka. Doczłapałem się jakoś do tego 30 kilometra bełkocząc coś do siebie. Na trasie zwykle liczę sobie w jakim czasie przebiegam dany kilometr, czy to szybciej, czy wolniej niż poprzedni, mnożę wyniki przez pozostałe kilometry, szacuję czas w jakim przybiegnę. Nie tym razem. Cukru i tlenu w mózgu brakowało do tego stopnie, że przez kilometr zastanawiałem się jak to jest możliwe, że 9x8 to 48, przecież wiem, że nie jest tyle, tylko właściwie ile? I tutaj pojawił się kolega biegacz, jak się potem okazało Kazimierz z Kazimierza, słysząc jak gadam sam do siebie postanowił się włączyć do rozmowy i tak przegadaliśmy do 40 kilometra. Właściwie ukończyłem chyba tylko dzięki Kazikowi, pierwszy raz mi się zdarzyło, żeby to mnie ktoś pociągnął na trasie. Zwykle ja jakoś motywowałem.
Po maratonie przez dzień nie chciałem nic opowiadać rodzinie, bo jeszcze bym chlapnął, że już nigdy więcej. A tak na spokojnie mogę się przyznać, że bieg mi się bardzo podobał.
Największą atrakcją tak naprawdę była właśnie trasa, jakże inna od nudnych płaskich biegów, gdzie we Wrocławiu cały maraton ma przewyżki mniej niż Lublin do 5 km. Pogody się nie czepiam nikt na to nie ma wpływu. Na bufetach brakowało kubków, co uważam za grandę w biały dzień, i pierwsze banany po 18km to też lekka przesada. Za to wolontariusze, a zwłaszcza wolontariuszki pierwsza klasa. I chyba zaskoczenie największe, jak na pierwszy maraton w mieście bądź co bądź na ścianie wschodniej, był doping i kibicowanie i to w znacznych ilościach.
Jeżeli w jakimś stopniu ten bieg mógł pomóc Bartkowi, to cieszę się jeszcze bardziej i mam wielką nadzieję, że kiedyś pobiegniemy razem.
Pozdrawiam Adam.
Dzięki Adam za ten bieg i za relację!

Damian Orzechowski

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz