Była sobie Dyszka...

"Kiedy napiszesz tego posta o Kieleckiej Dyszce"- zapytał mnie raz mąż....
Potem zapytał jeszcze kilka razy... Pytał i pytał i już nerwa łapał, bo pierwszy raz w historii rodu Trzech Orzeszków to Mama Orzeszka biegła... a Tata się "opitalał".
Nie będę pisać o atmosferze imprezy bo na ten temat już nie jeden post powstał u niejednego biegacza.
Pogoda rewelacja... zero stresu przed biegiem (wiedziałam, że nie dobiegnę - po anginie, antybiotyku, biegając max 5km i umierając - no wiadomo, nie dobiegnę).
Założenie było takie- wystartuję, bo oczywiście wszyscy będą obserwować czy Mama małego Orzeszka biegnie. Kolejne było takie- przejdę do marszu jak tylko zniknę z pola widzenia obserwatorów. Postaram się doczłapać do mety mieszcząc się w limicie, no i oczywiście na sam koniec też się przebiegnę, żeby jakoś wyjść na zdjęciach. Głupio tak iść po medal- jeszcze by mi nie dali, wiadomo?
Oczywiście wszystkie założenia szlag jasny trafił. Bo...
Była ze mną Magda... Magda, która biega ale się boi. Taki ot cykor biegowy - nagada się że nie da rady, a tak naprawdę zmęczenia u niej najmniejszego nie zaobserwowałam.
Magda nie dawała mi spokoju całą drogę, gadała, popędzała, kazała nie marudzić, nie zatrzymywać się. Chciałam się jej pozbyć kilka razy prosząc: "Madzia, biegnij, ja sobie dojdę, biegnij po co masz być ostatnia." Ale, że uparta jak osioł, no to mnie nie zostawiła.
Na 8km pojawił się kryzys, bracia Mroczki przed oczami, świat zaczął wirować, Starszy Pan, który towarzyszył nam od jakiegoś 3-4km... oddalił się od nas... Myślę sobie, no nie dam rady, choćbym nie wiem jak chciała. Pierdzielę gadanie Magdy, wszystko wokół - IDĘ. Postanowione! IDĘ!
Magdzie ręce opadły, bo widzi, że jak sobie postanowiłam, tak też zrobiłam.
I nagle pojawili się ONI. Pięciu facetów w koszulkach "Biegnę, żeby Bartek mógł biegać." Na czele mój Mąż z bananem na ustach, za nim Łukasz, który obiecał mi już dawno temu, że wróci po mnie. Obok Maciek Garbacz (aż sobie myślę, no za takimi nogami to muszę pobiec, nie ma bata :P). Do holowania Janek i jeszcze jeden kolega. No i się zaczęło... Biegniemy!!! Damian zapytał: "Kochanie chcesz przejść do marszu, odpocząć?" Pomyślałam "zwariował"- taka eskorta a ja mam stanąć, w życiu. Lecimy po ten medal!!! Lecimy, bo Bartuś czeka! Lecimy, bo przecież Bartek Kozłowski nie zamknie imprezy! Lecimy!!!
To było najprzyjemniejsze 1,5km w moim życiu... Na zdjęciach z mety widać, że padam na twarz. Ale to co czułam wbiegając na metę, słysząc za sobą chłopaków, mojego Damiana z Bartkiem na rękach - tego się nie da opisać.
I choć nie lubię biegać (NADAL CHŁOPAKI!!!!) i choć tak mnie to bieganie wkurza... to po tym biegu dostrzegłam kilka pozytywnych aspektów biegania...
Po pierwsze - przyjaciół poznaje się na trasie (Magda, to do Ciebie)
Po drugie - mąż jest ze mnie dumny, a to wspaniałe uczucie.
Po trzecie - to dla Ciebie Bartuś... dla Ciebie każdy kilometr... dla Twojego szczęścia, zdrowia i sprawności. 





Karolina Orzechowska

5 komentarzy:

  1. Ależ ładnie napisane :) ile jest tutaj emocji! Gratuluję ukończenia dyszki!!! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Na Twoim pierwszym półmaratonie, do którego namówi Cię zapewne Damian, też po Ciebie wróci z bananem na ustach :P . Gratuluje!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A na drugim półmaratonie to Ty wrócisz po Damiana! I tego Wam życzę :)

      Usuń
  3. Jestem na dobrej drodze ;) Za rok półmaraton jak nic hehe ;)

    OdpowiedzUsuń