Za czym tak biegniesz?

fot. Marcin Kowalczyk
Do Maratonu Wrocławskiego pozostał dokładnie miesiąc. To będzie mój trzeci bieg maratoński...i w końcu mi się udało. W końcu mam wolna głowę. Wolną od tej całej napinki, którą sam sobie fundowałem. Napinki, która pochłaniała moje myśli przed poprzednimi startami. Nie analizuje, nie myślę o biegu. Czuję się cholernie spokojny i jest mi z tym dobrze.




Biegam od około 30 miesięcy, mało to czy dużo - nieistotne, ale zauważam pewną rzecz. Moje bieganie zatacza koło. Od pierwszego ubrania bawełnianych drechów, wyjścia z domu i sapania na ścieżce biegowej, po zachłyśnięcie się bieganiem, aż po dziś dzień.  Tak, teraz to widzę. Ja się bieganiem zachłysnąłem. A może bardziej całą otoczką wokół biegania. 

Buty, zegarki, kompresja - gadżety. Treningi, plany, starty - wyniki! 

A gdzie w tym wszystkim jest bieganie? Gdzie w tym moim bieganiu, było bieganie dla Bartka?
No niby było. Nasza akcja stała się z dnia na dzień coraz bardziej popularna, nie trzeba było "aż tak" o nią dbać, bo "samo się kręciło". Ale czy to o to chodziło?
Nie, zdecydowanie nie o to.

I nagle przychodzi czas refleksji. Kilka dłuższych biegów, kilka rozmów, które wręcz inspirują. Ktoś nagle mówi Ci:
 "Hej! Zatrzymaj się, zobacz jak tu jest pięknie"

I rzeczywiście było pięknie!
Patrzysz na siebie i zaczynasz się śmiać. Śmiejesz się z gadżetów, z wyników. Zdajesz sobie sprawę, z czegoś co jest przecież tak oczywiste, tak jasne, że przecież nie warto o tym myśleć... Mistrzem świata już raczej nie zostaniesz. Przecież biegasz w zupełnie innym celu!
Ruszasz dalej, biegniesz, tylko jakby lżejszy. Zostawiasz coś z tyłu, jakiś cholernie niewygodny bagaż z tekstami typu:

 "muszę", "pobiegnę", "będę mieć taki czas" "jeśli mi się nie uda, to"

Warto od czasu do czasu spojrzeć w tył, przyznać się do błędu jeśli taki się zdarzył. Warto wyciągnąć wnioski i ruszyć dalej.
Moje bieganie zatacza koło, a ja znowu się nim cieszę.
Nie, nie porzuciłem treningów, wręcz przeciwnie, mam lepsze i mocniejsze! Dalej chcę walczyć ze swoimi słabościami, przesuwać swoje granice. 
Moja gadżeciarska część biegacza też ma się nie najgorzej, dalej interesują mnie nowinki z bieganiem związane.  Podobno mężczyźni są jak duże dzieci :)
Ale coś się zmieniło. Znowu potrafię się zatrzymać, żeby popatrzeć gdzie dobiegłem.

P.s.
I znowu moja żona miała rację, pytając się mnie "za czym tak biegniesz? :)

fot. Marcin Kowalczyk

Damian Orzechowski

6 komentarzy:

  1. Super, że o tym piszesz. Zachłysnięcie się, przetrenowanie, kontuzje i brak sukcesów w realizowaniu ambitnych celów kończy się wypaleniam. Życzę Nam, abyśmy za piętnaście lat wciąż z zapałem omawiali, jak poszły ostatnie zawody ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Otóż to! Biegać za 15 lat i się tym cieszyć!

      Usuń
  2. Dokładnie ! Biegać przez następne 15 lat bez kontuzji i czerpać radość ! :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja na szczęście nigdy nie miałam tego problemu z zachłyśnięciem się. Do dziś nie mam żadnych gadżetów, a na imprezy biegowe przeważnie zapominam nawet zabrać zegarka ze stoperem :) Biegam po kondycję, biegam dla chwili namysłu, czasem ucieszę się nową życiówką, ale generalnie nie analizuję cyferek. Ot, improwizuję sobie i tyle :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I super:) O to chodzi. Ja musiałem trochę kaemów nabiegać, żeby znowu do tego wrócić :)

      Usuń