Poznań w Koronie, czyli 15 Poznań Maraton relacja.

Być może część z Was czeka na słowa wyjaśnienia, moje wymówki i zajęcie stanowiska - jesteś człowieku zwycięzcą czy cieniasem?
A więc...ok, dla niecierpliwych - scrollujcie od razu na dół, tych z większą ilością czasu i cierpliwości zachęcam do przeczytania całego tekstu.


To wszystko trzeba rozpatrywać od Maratonu w Dębnie. Po dobrze przepracowanej zimie wymyśliłem, że to właśnie tam spróbuję pobiec na czas 3.20. Skończyło się kontuzją i wielkim rozczarowaniem. Ale w głowie miałem ciągle myśl, że to się mogło udać, że jestem przygotowany na taki wynik. 
Po kontuzji wziąłem się do roboty, trening, trening i jeszcze raz trening, a w głowie 3.20 jako cel. Zrezygnowałem z kilku startów po drodze, żeby dobrze wykonać plan i trzeba przyznać, że wykonałem go w 90% - to dużo.
Czas, jak to ma w zwyczaju mijał bardzo szybko, a ja pełen nadziei stanąłem na starcie Maratonu Wrocławskiego. Tę historię już znacie...
Wrocław był lekcją i nauczką, był też osobistym rozczarowaniem.
Poznań okazał się dla mnie olśnieniem.

Nasza wyprawa do Poznania zaczęła się w sobotę. Karawana nie do końca normalnych ludzi, biegaczy, maratończyków ruszyła z Kielc. Dlaczego nie do końca normalnych? Bo komu by się chciało jechać na drugi koniec Polski, załatwiać noclegi, płacić za przejazd, pakiet startowy itp., po to żeby przebiec trochę ponad 42km?
A jednak.





W takim towarzystwie podróż zleciała całkiem szybko i przyjemnie. Dotarliśmy do Targów, szybkie odebranie pakietów, zwiedzenie expo i każdy udał się w swoją stronę.
My zatrzymaliśmy się u Bartka i jego rodzinki - dzięki za gościnę! :) jednak biegacz biegacza zawsze zrozumie i przyjmie makaronem :)
Noc minęła spokojnie, mimo szoku jaki zgotowali nam nasi piłkarze, udało się zasnąć. Stres i adrenalina pojawiły się rano, gdy wpychałem w siebie kolejną bułkę z dżemem i popijałem ją kawą. Czułem, gdzieś daleko z tyłu głowy, że będzie to ciężki bieg dla mnie.
Jak się okazało, los postanowił dodatkowo podnieść nam ciśnienie i uprzejmość Bartka, która przejawiła się chęcią podwiezienia mnie na miejsce startu, zakończyła się dzwonem...Bo jakiś dzwon zapomniał co oznacza taki żółty trójkąt przed skrzyżowaniem...
Z taką dawką adrenaliny, gdy dojechałem (już komunikacją miejską) na start, poczułem się...zagubiony. Łaziłem w tą i z powrotem i nie mogłem się ogarnąć. Na szczęście są punkty stałe przed startami, i takim punktem stałym było spotkanie Drużyny Bartka! Obecność swoich, bliskich osób działa kojąco na człowieka. A gdy jeszcze te osoby biegają dla Bartka - nie ma nic lepszego.
Kilka minut po spotkaniu większości biegaczy z naszej Drużyny i wspólnym zdjęciu, Poznań mógł usłyszeć bardzo dokładnie, kto i dla kogo pobiegnie ten maraton! Jesteście niezastąpieni! 
Był okrzyk, była telewizja i wywiady - promocja akcji przez duże P!


Miało to też swoją gorszą stronę: na start udaliśmy się w ostatniej chwili, mój zegarek nie zdążył złapać GPS(przez kolejne trzy kilometry...), część z nas nie mogła się dobrze ustawić w strefie, i nasz start w większości przypadków to nieudolne próby wymijania biegaczy na pierwszym kilometrze dość wąskiej trasy.
Ale napędzani muzyką z "Rydwanów Ognia" (aż ciary miałem!) parliśmy do przodu.
Pierwsze 20km minęły bardzo szybko, można było delektować się bieganiem poznańskimi ulicami. Tam, niemal na każdym kilometrze były tłumy kibiców. To było coś niesamowitego! Czapki z głów przed mieszkańcami Poznania! Bieganie przy takim dopingu wprowadzało w stan euforii.


Do 23km trzymałem się Pawła i Damiana. Chłopaki byli tego dnia mocni i cholernie precyzyjni,  u  mnie moc, precyzja i euforia skończyły się na 24km. Dość długi podbieg bardzo dokładnie wyjaśnił mi na jakich warunkach będę biec ten maraton. Chłopaki odskoczyli dość szybko, a ja rozpocząłem swoją męczarnie. Tempo jeszcze jako takie trzymałem, wolniejsze ale jednak nie najgorsze, mimo to czułem, że to tylko kwestia czasu. Tego dnia, popełniłem podstawowy błąd amatora - rozpocząłem za szybko. Wyrok, który na siebie podpisałem wisiał nade mną jeszcze do 28km, tu już naprawdę nie miałem siły. Ratowałem się jeszcze Power Bomb, który miałem trzymać na 35km, dało to niezły efekt, ale tylko na kilka kilometrów. Na około 33km zawitał kat z odroczonym wyrokiem, i zaproponował mi, żebym już przestał się wygłupiać - i tak nic z tego nie będzie. Rozmowy z katem, te z ósmej klasy szkoły podstawowej, pamiętam jak przez mgłę, ale te z wczoraj mam w głowie bardzo wyraźne. Powiedziałem mu "wal się", ale nie skorzystał. W zamian zrobił mi małe kuku w lewym kolanie, które z kilometra na kilometr rosło w siłę. Oczywiście o trzymaniu niezłego tempa już zapomniałem, ale chciałem chociaż dotruchtać do mety.
Mój kat miał niezły ubaw patrząc jak próbuję się ratować w punktach medycznych i gdy ja zamrażałem sobie kolano, on śmiał się gdzieś z tyłu głowy.
I miał rację. W tym starciu był ode mnie lepszy. Kolano bolało, sił brakło a końca męczarni nie widać. Nie widać bo tam prawie same podbiegi pod koniec były!
Doczołgałem się do 41km, niespodzianki nie było - znowu podbieg. Tu już było ze mną bardzo źle, złapał mnie taki skurcz, że mogłem tylko stanąć z wykrzywioną twarzą i podziwiać górkę wznoszącą się przede mną. Giewont to to nie był, ale jakaś mało przyjemna mi się wydawała.
Po chwili przerwy truchtam dalej. Mam ten 42km, a po chwili...mam NAJPIĘKNIEJSZY WIDOK NA ŚWIECIE.
Z prawej strony dobiega do mnie Bartek, uśmiecha się, niesie mi koronę i pyta "tatuś, a pobiegniemy teraz razem?"


Czas zatoczył koło. W kwietniu 2013r. w moim debiucie maratońskim wbiegałem na metę i autentycznie miałem łzy w oczach. W Poznaniu, ten gest ze strony Karoliny i Bartka wywołał je znowu. Wbiegałem na metę z Bartkiem i ze łzami w oczach...łzami wzruszenia i szczęścia.

Uzyskałem czas 3.33.33 -  to się nazywa timing! :)
Mimo moich męczarni uważam, że był to wspaniały maraton. Organizacyjnie najwyższa klasa, pogoda super do biegania, a kibice byli po prostu nieziemscy.

A teraz odpowiem publicznie na pytanie czy czuje się zwycięzcą. 
Na wstępie pisałem, że Poznań był dla mnie olśnieniem. I był, ja sobie zdałem sprawę, że te 3.20 to tylko moje myślenie życzeniowe. Chcąc czy nie, muszę się przyznać, że nie jestem gotowy na ten moment przebiec maratonu w tym czasie. Po prostu, biegam obecnie na poziomie 3.30, koniec kropka.  
W Poznaniu dałem z siebie wszystko. To był mój max tego dnia, mimo walki i chęci nic więcej nie mogłem zrobić.
Tak, czuję się zwycięzcą mimo tego, że nie zrealizowałem celu sportowego.

To był mój piąty maraton w życiu. Każdy z tych pięciu nauczył mnie czegoś o sobie, dwa ostatnie trochę naprostowały moje sportowe ego. Cel główny został osiągnięty, zdobyłem Koronę Maratonów Polskich, coś co jeszcze dwa lata temu było tylko w sferze marzeń. Zdobyłem ją dla Bartka.



Teraz czas się zastanowić co dalej? Ustalić jakieś plany na następny rok. Jakoś jestem dziwnie spokojny, że z częścią z Was spotkam się na trasie jakiegoś...Maratonu :)

Damian Orzechowski

6 komentarzy:

  1. Damian, dla mnie jesteś zwycięzcą. I królem. Kropka.

    OdpowiedzUsuń
  2. Pewnie, że jesteś zwycięzcą, cieniasy siedzą w domu :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetnie się czyta takie relacje !

    OdpowiedzUsuń
  4. Świetna relacja z cudownym finałem ;-) Jak się patrzy na foto z synem to męska łza wzruszenia w oku się kręci. Ogromne gratulacje i szacunek!

    OdpowiedzUsuń