W cieniu... Moja niewidzialna korona ;-)

10.10.2014r. piątek... dostaję sms od Męża: " Kochanie, zrobisz na kolację jakąś kaszę?"
 Bez namysłu odpisuję: "No pewnie :-)". Po 4 maratonach już wiem, co powinien jeść biegacz 2 doby przed maratonem, dobę przed..., na śniadanie w dniu maratonu... Wszystko wiem, w końcu jestem żoną biegacza, który ma za sobą 4 maratony, kilka półmaratonów, "dziesiątek" i innych dystansów.
Szybko sięgam po Książkę kucharską dla aktywnych. Książkę dostał Damian do testów, ale uważam ją za swoją, powiedzmy biegową zdobycz, która bardzo przypadła mi do gustu i z której korzystam sto razy częściej niż z moich biegowych butów.
Zgodnie z  życzeniem Męża, sięgnęłam po moje kompendium wiedzy, znalazłam odpowiedni przepis. Pomyślałam- "zrobię sałatkę, z pęczakiem, z malinami. Już raz ją robiliśmy. Smakowała mu. Będzie idealna." No i była. Mąż zajadał, aż mu się uszy trzęsły.
Między czasie było pakowanie, ogarnianie Bartka. Dopilnowanie, żeby niczego nie zapomnieć na wyjazd. Najważniejsze, żeby zabrać koronę, którą sama robiłam dzień wcześniej, w ukryciu w pracy.

11.10.2014r.- Została doba do maratonu... Ruszamy do Poznania... Świetnie, że nie sami. Lepiej się człowiek czuje jak wie, że oprócz niego jadą jeszcze pozytywnie zakręceni ludzie. W kupie raźniej, tak? :)
Męcząca jazda, gdzieś po drodze szybki obiad. Najważniejsze, żeby Bartek zjadł coś ciepłego. Niefortunnie... miejsce, gdzie jedliśmy było obok małego placu zabaw... Stare autko, jakaś zjeżdżalnia... W każdym razie dla 3-latka atrakcyjne miejsce. Trzeba go było przekonać: "Synu, najpierw zupa potem plac zabaw". Udało się, mądre dziecko.
Dojechaliśmy bez większych problemów. Wszyscy odebrali pakiety. Udaliśmy się do swoich "noclegowni". Widzimy się jutro :)
12.10.2014r. MARATON!!!!
 Tu Was zaboli... tu będę uszczypliwa, a przynajmniej się postaram... Obiecuję!
 Rano... śniadanko, lekkie, odpowiednie dla biegacza- maratończyka- profesjonalisty. Wszyscy nimi jesteście w tej dziedzinie. Może jajecznicę? Parówki? Kleistą owsiankę??? Nie, musi być coś lekkiego, tak żeby nie lądować co 5km w kibelku. Musi to być takie śniadanie, żeby brzuszek był za razem pełny, ale też żeby szybko to strawić... wydalić... Wszystko wiecie.
Dlatego, żona dzień wcześniej kupuje maślane bułeczki, zabiera w długą podróż dżemik, miodek czy co Wy tam lubicie, żeby tylko śniadanko było takie, na jakie zasłużył biegacz- maratończyk- przyszły król.

Wróć....
Rano, śniadanie! Ja- cokolwiek, żeby w brzuchu nie burczało. Bartek, coś konkretnego- wiadomo, zanim tata dobiegnie, zanim znajomi dobiegną... zanim dojdziemy do auta... to będzie po południe.
Poza śniadaniem torba wypchana- banany, jabłka, jogurt, biszkopty, bidon z sokiem ( który zgubiłam spiesząc się na metę- ale to szczegół).
Oprócz śniadania plecak z męża ciuszkami, bo przecież jak już dotrze na metę, emocje opadną, to mu się zrobi zimno, trzeba będzie przyodziać króla jakąś szatą :P.
No to ruszamy... GPS nastawiam na najbliższą ulicę, jaka jest otwarta przy mecie. Udaje się znaleźć miejsce parkingowe. Zabieram toboły, Bartka za rękę. Aparat na szyję... Idziemy...
Udaje nam się stanąć na 42km... Jest 12:03. Myślę sobie... zaraz dobiegnie Wojtek, to mu cyknę kilka zdjęć, potem może ktoś jeszcze z Naszych, a 12:20 przybiegnie Tata. Tłumaczę synowi: "Wystaw nogi za barierkę, korona w rękę. Tata będzie za 5min. Pobiegniesz z nim, prawda?" Wszystko mamy z synem ustalone. Z Tatą też było ustalone. Przybiega 12:20 i już.

Stoimy... tzn ja stoję, Bartek przebiera nogami. Pyta "gdzie ten tata?". No właśnie, dobre pytanie, gdzie on jest... 12:20 minęła... 21... 22... Biegnie jakiś facet, stanął, zatacza się, opiera o barierkę. Kibicom dech zaparło... Zaczynają bić brawo, dopingować go... OK, rusza...
Mi jako matce, żonie... załącza się coś w głowie- takie głupie myślenie, że na pewno się coś stało na trasie- kolka, skurcz, omdlenie.... Jezu kochany... Zaraz się popłaczę... Nie, nie mogę, przecież Bartek czeka na Tatę... więc wciskam mu kit dalej od prawie 10min, że TATA ZA CHWILĘ BĘDZIE.
Korona zaczęła się buntować od ciepłych rączek Bartka, klej puścił, "naszmaraton" za chwilę się odklei....
Aż tu nagle JEST!!!! Biegnie!!!!
Więc krzyczę: "Damian, tutaj!!" Przerzucam Bartka. Udało się. Pobiegli... Za chwilę razem przekroczą metę, Damian wręczy Małemu medal... Tak to sobie wyobrażam, bo na ogół tego nie widzę, albo widzę na następny dzień na zdjęciach.
Wyobraziłam sobie, jak tam jest, to lecę... Na około, na metę... Złapać ich, uściskać, pogratulować... Z plecakiem, z aparatem, z bidonem, który mi zaraz wypadnie :).
Potem są zdjęcia, chwila euforii. Bartek już nacieszony medalem zaczyna marudzić. Nudzi mu się, jest zmęczony. Więc trzeba Go nosić, zabawiać, przytulać, karmić...

Tak to wygląda moi drodzy Królowie- Maratończycy lub po prostu maratończycy.
W cieniu waszej kilkuminutowej sławy, blasku medali, okrzyku i braw kibiców, są wasze żony, matki waszych dzieci... (czy już piszę jak rasowa feministka :-)). To one 2 tygodnie przed maratonem robią zapasy makaronu w domu. To one jadą z Wami kilkaset kilometrów, żebyście czuli się lepiej, bardziej ważni, docenieni. To one stoją po 3,4 lub więcej godzin na mecie by zrobić Wam piękne zdjęcia, którymi potem będziecie mogli się pochwalić na Waszych biegowych blogach. To one w drodze powrotnej muszą znosić Wasze jęki- "Nogi mnie bolą", "Mam odciski.", "Krwawią mi sutki" "To mój ostatni maraton ku...a!!!!"
Odpowiedzcie sobie na pytanie: "Czy któryś z Was byłby maratończykiem?" "Czy któryś z Was zdobyłby koronę maratonów".... gdyby nie My- Wasze żony. Jak robilibyście swoje treningi, gdyby nie miał kto przypilnować WASZYCH dzieci. Jakbyście znaleźli czas na to, żeby pogodzić pracę, treningi, z super wypasionym przed maratońskim żarciem?  Do tego zdjęcia... podbudowywanie Waszego ego: "Byłeś najlepszy", "Jesteś moim mistrzem" itd...

Sorry Panowie, czuję się i JESTEM królową Maratonu Poznańskiego, i pozostałych, w których brałam udział.
Dla mnie królowymi są też Monika, Ania... i pozostałe dziewczyny, które tak dzielnie Wam kibicują.
Nie musicie nam dziękować... doceńcie czasami... i pamiętajcie, że nie ważne jaki wynik uzyskacie na mecie... Ważne, czy na tej mecie ktoś na Was będzie czekał...




Karolina Orzechowska

2 komentarze:

  1. Świetny tekst !!!! Taki prawdziwy kurcze :D Te toboły z jedzeniem ,piciem i często z jakąś jeszcze zabawką bo przecież matka o wszystkim pomyśli ,bo dziecko się znudzi i trzeba mieć Asa w kieszeni !!! Nie wspomnę o płynącym pocie po tyłeczku haha Jesteś Królową Maratonu w 100 % !

    OdpowiedzUsuń