Nasz pierwszy raz, czyli relacja z biegu dla Żołnierzy Wyklętych.


fot. KieleckiBiegacz.pl

Czy bieg może upamiętnić bohaterów? Czy zwykłe bieganie może być wyrazem patriotyzmu? Wierzę, że tak i szczerze popieram wszystkie podobne inicjatywy. Podobne do biegów Tropem Wilczym, biegu dla naszych niezłomnych i wyklętych bohaterów.
W Kielcach, bieg ku pamięci Żołnierzy Wyklętych odbył się po raz pierwszy. Było to oficjalne otwarcie biegowego sezonu w naszym regionie i to jakie! Ponad 700 uczestników na starcie, wspaniała pogoda, trudna trasa i podniosła atmosfera przed startem. Czy może być lepiej?
Może! Nawet nie wiedziałem, jak bardzo - lepiej. 
O swoim starcie, Karolina powiedziała mi kilka dni przed biegiem. Byłem w szoku, bo cały czas powtarzała, że nie ma zamiaru się męczyć, a tu proszę, taka niespodzianka. O swoich motywach napisała sama, poniżej.  Ja napiszę tylko kilka zdań tytułem wstępu. 
Jestem bardzo szczęśliwy, że udało mi się pobiec w niedzielę. Jeszcze trzy tygodnie temu, o bieganiu mogłem co najwyżej marzyć. Moje problemy z kręgosłupem spowodowały, że z planu treningowego wypadło mi blisko półtora miesiąca. Cóż więc pozostało? Powoli i systematycznie wracać do treningów, a na zawodach cieszyć się BIEGANIEM. 
I tak było w Kielcach, radocha, że udaje się trzymać przyzwoite tempo, radocha z faktu, że w końcu możemy biec przez centrum miasta i radość, że powoli mieszkańcy Kielc przyzwyczajają się do widoku setek biegaczy na ulicach, ba! czasami nawet próbują dopingować - super, o to chodzi!
Brawa dla organizatorów, bo bieg i jego przygotowanie było na najwyższym poziomie.

A jak poradziła sobie Karolina? O tym poniżej, dodam tylko, że martwiłem się o Nią na każdym podbiegu, a tych było naprawdę dużo! Moja żona kolejny raz pokazała, że swoim uporem może osiągnąć bardzo dużo, a już na pewno pokazała co znaczy "dać z siebie wszystko"
Zapraszam!
Karolina:
Pierwszy z czterech w tym roku biegów NA WIELKIE SZCZĘŚCIE już za mną. Nie jestem dobra w pisaniu relacji z biegów, uważam to za… ****  coś niemądrego. Był bieg, jest już po… średnio mam ochotę do tego wracać. No ale skoro mąż poprosił - piszę.
Co skłoniło mnie do wzięcia udziału w tym biegu? Nasz przyjaciel Karol z przyczyn zdrowotnych musiał zrezygnować, więc pomyślałam, że ja spróbuję. Długi czas nikt o tym nie wiedział, że jestem zapisana, że planuję pobiec. Aż do dnia, w którym wyszłam na trening 6-kilometrowy, a wróciłam do domu po 10km. Wtedy pierwszy raz pomyślałam, że dam radę.
Dobę przed biegiem pojawiło się przerażenie, głupie myśli „ Dlaczego sobie wymyśliłam to bieganie, dlaczego nie ten krótszy dystans…” Optymizmem nie napawały mnie też niektóre wiadomości od znajomych, komentarze na fb: „Po co Ci to bieganie, skoro się tak męczysz”, „Dlaczego nie zajmiesz się czymś innym”, „Damian już biega dla Bartka, Ty rób coś innego” (w sumie… chyba zacznę grać w szachy :P- pomyślałam). Były też inne komentarze: „No już nie udawaj, że tak nie lubisz tego biegania”, „Chyba nie umiesz się sama przed sobą przyznać, że jednak to lubisz”- ciężko było odpowiedzieć na to wszystko, tym bardziej, że nie umiem tego wytłumaczyć. Jedno jest pewne, nie kłamię, nadal nie lubię, nie cierpię, a po tych (dla mnie) morderczych 10 kilometrach 1 marca - szczerze nienawidzę biegać! Najprościej mogę to wyjaśnić tak - jest dziecko - jest akcja - jestem jej częścią - biegam!!!

Wracając do biegu, bo przecież to miała być relacja.

Niedziela rano… Przerażenie sięgnęło zenitu i trzymało mnie aż do godziny 13:00. Przed startem było trochę łatwiej, znajomi z drużyny zagadywali, albo szczerze się dziwili, że startuję. W sumie, wcale mnie to nie dziwi, 3 lata stała z aparatem na starcie i mecie, a teraz wystroiła się w leginsy i udaje biegaczkę :) Taka ze mnie biegaczka, że ustawiłam się na końcu, zapomniałam włączyć zegarek (jakimś cudem GPS załapał 2 sekundy przed startem), ruszyłam za szybko (bo wstyd wolniej) i dzięki temu przez pięć pierwszych kilometrów męczyłam się z potworną kolką. Ubranie okazało się za ciepłe, rękawiczki trzymane w dłoni, wkurzały mnie niesamowicie. 
Dobra mina do złej gry i wsparcie na ostatnich kilometrach biegu :)

Gdy udało się pokonać kolkę zaczęłam wyprzedzanie! Ja! Biegaczka jestem w stanie kogoś prześcignąć - MEGA ;-). Nie będę Was zanudzać opisywaniem co czułam widząc przed sobą kolejne podbiegi, tak szczerze, poza chęcią zabicia osób, które mi o nich nie powiedziały wcześniej - to już chyba nic. Jedyne o czym myślałam, to żeby się nie zatrzymać.
Ostatnie dwa kilometry były mordercze. Ciągle pod górę. I ta myśl w głowie, że nie dam rady.
Na mecie czekali przyjaciele z drużyny. Jestem im za to bardzo wdzięczna. Większość z nich ukończyła bieg jakieś 30min przede mną, a mimo to stali na mecie i czekali na mnie. (DZIĘKUJĘ).



Jako „rasowa biegaczka” zapomniałam wyłączyć zegarka tuż za metą, padłam na kolana, pojawili się bracia Mroczek przed oczami… Ktoś robił zdjęcia, ktoś gratulował… A ja stałam jak słup nie wiedząc co dzieje się wokół.
Na koniec… Biegnę, żeby Bartek mógł biegać :)


fot. Hanka Nosal
A to był nasz pierwszy, wspólny start w biegu ulicznym!











Damian Orzechowski

3 komentarze:

  1. Zabrakło tylko informacji o tym na ile km ten bieg ;-) 10? Nie do końca wynika to z tekstuuu

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Faktycznie :) To przecież było tak oczywiste...10km :)

      Usuń
  2. Świetna inicjatywa. I świetna relacja, pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń