Ostatni maraton.

Jak to śpiewała Agnieszka Chylińska (zanim stała się celebrytką) czas toczy koła. Wczoraj, moja skromna historia biegacza również zatoczyła koło. Dwa lata temu, podczas 12 Cracovia Maraton, debiutowałem na królewskim dystansie. Wczoraj, po czternastej edycji CM, żegnam się z maratonem. 

fot. Szczepan Jurkowski
To będzie raczej krótka relacja. Trudno też będzie doszukać się jakiejś większej historii, nie będzie walki, potu, łez i krwi (#SmashingPąpkinforever :) ). Dlaczego? Ponieważ tym razem wiedziałem, że będzie dobrze! Przed żadnym innym maratonem nie czułem się tak pewny siebie. Co się zmieniło? Moje nastawienie MENTALNE. Poza treningami typowo biegowymi, bardzo mocno pracuję nad moją "głową" i to przynosi efekty.

Dawać mi ten maraton! fot. Paweł Kosin
Czy miałem plan? Tak, biec na samopoczucie. Założenie było takie, że lecimy (z Kamilem) na czas 3:25, co w trakcie biegu stopniowo korygowaliśmy przyspieszając. Głupota? Być może, ale czułem, że będzie ok. 

I w sumie to tyle, nie bardzo jest o czym pisać. Drugi raz w tym roku, a pierwszy raz podczas maratonu, leciałem jak po swoje. Równo, lekko i można powiedzieć, z przyjemnością. Tak, taką mantrę powtarzałem, przez całe 42 kilometry - biegnie mi się lekko i przyjemnie. lekko i przyjemnie.
Była radość, przybijanie piątek z kibicami, uśmiech i oklaski dla wspierających nas ludzi.  Kilometry mijały jeden po drugim, a my jak w zegarku, czasami tylko hamowałem Kamila, żeby się nie podpalać i trzymać w miarę równe tempo. No właśnie, Kamil uparł się, że będzie biegł ze mną, za co mu w sumie bardzo dziękuję, jednak trochę szkoda, był przygotowany na złamanie 3.20 (miał dobry plan treningowy :) ). 
Pierwsze okrążenie trochę nam się dłużyło, chociaż okoliczności do biegania piękne, lekko dawały się we znaki ostre nawrotki i podbiegi, które jak na złość zaczynały się pod koniec pętli, ale nie przeszkadzało to w realizacji planu. Z drugiego okrążenia pamiętam tylko 39km...Nawet nie wiem kiedy pokonaliśmy większość dystansu, to było jak na autopilocie, 22km - weź żel (Agisko), 32km - żel, 35km Power Bomb, i lecimy. Na 39 kilometrze poczułem lekkie zmęczenie, nie kryzys, nie ścianę, nie ból - lekkie zmęczenie. Kamil mi odskoczył na kilka metrów, ja zwolniłem na jakieś 30 sekund i już, koniec -  powrót do tempa 4.40/km, niestety Kamila już nie dogoniłem.

fot. Paweł Kosin
Ostatni odcinek maratonu, wbiegam na Rynek i mój wymarzony finisz. W końcu udało się naprawdę "pocisnąć" na ostatnich metrach i...Koniec, meta. 3:20.40

 

I tu pojawiają się w końcu emocje. Po przekroczeniu mety, wspólnie z Kamilem doszliśmy do wniosku, że poszło zbyt łatwo. A to oznacza, że był jeszcze zapas sił, można było się pokusić o szybsze tempo, jednak bez sensu jest gdybać. Pobiegliśmy naprawdę świetne zawody i to jest najważniejsze.
A, i przepraszamy wszystkich kibiców na mecie za nasz "śpiew", ale rzeczywiście czuliśmy, że "mamy tę moc"

To był bez wątpienia mój najlepszy bieg maratoński i zarazem ostatni jak już napisałem na początku.
Ostatni w tym roku, a przynajmniej wszystko na to wskazuje. I chociaż wynik, a przede wszystkim styl w jakim pobiegłem 14 Cracovia Maraton, daje do myślenia i kusi aby pozbyć się tych kilkudziesięciu sekund z nowej życiówki, to na razie uciekam z asfaltu.
Kierunek obrany, są nowe wyzwania. Biegi górskie czekaj, a już za dwa tygodnie Twardziel Świętokrzyski! 




P.s. 
Ogromne podziękowania dla naszej przyjaciółki Ani, która tradycyjnie nas przygarnęła i zaopiekowała się naszą rodzinką :)

P.s.II
No może nie całkiem uciekam z asfaltu, mam kilka startów "obowiązkowych", których odpuścić nie mogę :)









Damian Orzechowski

2 komentarze:

  1. Za co przepraszasz, chłopie? Jak jest moc, to trzeba śpiewać, że masz tę moc masz tę moc :-D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, walory wokalne, a raczej ich brak, to mogło zrazić kibiców :)

      Usuń