Dramat Gór Stołowych

Dramat. Powtarzałem to słowo setki razy w trakcie i po biegu. To był mój osobisty dramat, a jego scenerią były piękne Góry Stołowe.


Akt I.
Scena I: Umiarkowany optymizm.
Tego, że z moich planów na ukończenie MGS w okolicach 6h nic nie wyjdzie, byłem świadomy już przed startem. W takim upale, taki wynik (w moim wykonaniu) był równie nierealny co awans Legii do Ligi Mistrzów. Co nie znaczy, że nie chciałem spróbować. Plan - zbliżyć się do 6h.

Scena II. Pierwszy punkt odżywczy.
Dotarłem tam jakieś 4min. później niż planowałem. Nie było źle, chociaż trasa na tych 8km już zapowiadała się wyjątkowo ciężko. Szczerze mówiąc - w swojej zuchwałości w ogóle nie doceniałem tej trasy. Do czasu.
Po szybkim uzupełnieniu zapasów poleciałem dalej. Czułem się dobrze, nawet bardzo dobrze, jednak już na tak wczesnym etapie coś mnie zaniepokoiło. Na ok. 10km dogoniłem Wojtka, a takie rzeczy raczej mi się nie zdarzają, Wojtek jest wymiataczem i gdzie mi tam do Jego poziomu.

Scena III. Zmiana planów.
Siedem godzin też brzmi nieźle w takich warunkach, nie? Jest cholernie ciężko. Trasa i upał robią ze mnie sieczkę. Zmęczenie narasta, a to przecież dopiero początek - ok.15km. Wojtek usypia w biegu/marszu, marzymy o następnym punkcie żywieniowym. Jest źle, ale staramy się trzymać jako takie tempo. Docieramy do punktu, chwila na złapanie oddechu i znowu napieramy. Oby do następnego bufetu, to przecież "tylko" 10km. 


Akt II.
Scena I: Dramat Gór Stołowych.
Do punktu docieramy po najdłuższych 10km w moim życiu. Trasa, a raczej my na trasie, wlekliśmy się niemiłosiernie wolno. Jestem cholernie zmęczony, ale jakoś się trzymam. Podchodzę do bufetu, rzucam się na arbuzy, jednak na stole dostrzegam pomidory i sól! O matko! Jak one smakowały! Uczucie nie do opisania! 
Na 28km spędziliśmy ponad 10min uzupełniając zapasy, jedząc i odpoczywając. Nic, ale to zupełnie nic nie wskazywało na to, że to będzie mój koniec.

Scena II: To koniec.
Ruszamy z trzeciego punktu, spokojnie, spacer i trucht. Po kilkuset metrach łapie mnie kolka...Za dużo wypiłem? Zjadłem? O co chodzi? Przecież ja nie mam kolek. Truchtam dalej z nadzieją, że szybko minie. Nie mija, ból się nasila! Przychodzi pierwszy, lekki zbieg, a ja na każdym kroku czuję jakby mi ktoś igły wbijał pod żebra! Jest masakrycznie źle! Jest dramat! Zatrzymuję się, Wojtek biegnie dalej. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że spotkamy się dopiero na mecie. Jeszcze miałem nadzieję! A nadzieja matką głupich i naiwnych...Nie mogę biec, marsz też sprawia kłopot. Zaczynają boleć mnie nerki. Kolka nerkowa? Serio? 
Zatrzymuje się, wyprzedzają mnie kolejni zawodnicy a ja mogę tylko na to patrzeć. To jakiś koszmar. 

Scena III: Pętelka.
Ledwo człapię, powłóczę noga za nogą, próbuję truchtać - wytrzymuję kilkadziesiąt sekund. Docieram do osławionej "Pętelki Hercoga", o ku***a! Co to jest? Ludzie przede mną klną na czym Świat stoi, zatrzymują się, siadają na skałach, ktoś wymiotuje. Ja, mniej więcej w połowie drogi mam mroczki przed oczami. Pojawia się pierwsza myśl o rezygnacji i kiełkuję przez następne kilometry. 

 Nieoczekiwane spotkanie. Z Robertem, na przełomie kwietnia i maja pokonaliśmy trasę Twardziela. To był pikuś przy MGS!
Scena IV: Rezygnacja.
Do 36 kilometra, czyli do IV punktu żywieniowego moja myśl była już dorodną i okazałą decyzją - schodzę z trasy! Koniec tej męczarni! Wszystkie plany wzięły w łeb, mam taką kolkę, że ledwo człapię, poziom mojego wku****nia i frustracji jest niewyobrażalnie wysoki! To koniec! Stało się, pierwszy raz schodzę z trasy biegu! Odpuszczam!

Akt III
Scena I: Gehenna.
Na czwartym punkcie spotkałem Wojtka Szydę. To tylko dzięki niemu ukończyłem tę nierówną walkę. Wojtek stwierdził, że umiera i raźniej będzie dokonać tego samobójstwa wspólnie. Kilka łyków coli, arbuz, kilka przekleństw rzuconych pod nosem. Rzut oka na dwóch chłopaków, którzy właśnie zakończyli bieg i z opuszczonymi głowami idą w kierunku Szczelińca (meta). Idę!

Scena II: Co ja tu robię?
Już na około 40 kilometrze mówiłem do siebie "A mogłeś ku***a zejść z trasy"! To była mordęga. Zadzwoniłem do Karoliny, żeby ją uspokoić, że jeszcze "biegnę" i trochę dłużej mi zeszło. Chyba jej nie uspokoiłem...
Kolka nie dawała za wygraną. Fizycznie czułem się całkiem nieźle, nogi ok, łydka chce podawać, ale cały tułów krzyczy stanowczo NIE! Krzyczy bólem nie do zniesienia. Każda próba truchtu kończy się klęską. Gehenna trwa w najlepsze.

Scena III: Sceny dantejskie.
Nim doczołgałem się do schodów (tak, tak, na metę wchodzi się po 650 schodach), dwa razy zaliczyłem glebę, wyprzedziło mnie milion osób a moje upokorzenie i poczucie frustracji sięgało zenitu. Ale to co widziałem i sam czułem na schodach prowadzących na Szczeliniec...To już były sceny dantejskie! Te schody wyciskały z ludzi łzy, co przy takim odwodnieniu było nie lada wyczynem! Mniej więcej w połowie tego podejścia zobaczyłem chłopaka z medalem na szyi i rozpaczą na twarzy, na pytanie co się dzieje, odpowiedział, że zostawił na gorze depozyt...i musi tam wrócić! Przez chwilę powisieliśmy obaj na poręczach i dalej, krok po kroku, schodek po schodku w górę...


Scena IV: Meta.
Żaden inny bieg tak mnie nie sponiewierał. Nigdy wcześniej nie chciałem zejść z trasy i po żadnym biegu nie czułem się tak źle. Moja psychika do dziś się nie może pozbierać i podnieść z kolan.
Ja wiem, że wielu z Was mówi i będzie mówić, że ukończenie tego biegu w takich warunkach to już sukces. Może nawet jest w tym trochę racji, ale do mnie to nie trafia. Ja zostałem na tej trasie przeżuty, zjedzony i wy...no dobra, niech będzie, że wypluty.

Akt IV.
Zakończenie i wnioski.
Maraton Gór Stołowych przegrałem jeszcze zanim stanąłem na jego stracie. Przegrałem nie przez ciężką trasę i upał, a przez moją...pychę i pewność siebie. Przegrałem zaniedbując ćwiczenia ogólnorozwojowe, przegrałem przez słabe mięśnie brzucha i wynikającą z tego kolkę. Przegrałem bo zabrakło mi pokory - przecież wszystko w tym sezonie wychodziło mi tak jak chciałem. I wcale nie mam na myśli tych abstrakcyjnych 6h, które sobie wymyśliłem, chodzi o ogólny obraz mojego sobotniego występu. Mojego dramatu, którego fundatorem byłem ja sam. 

Żeby jednak nie kończyć tej "relacji" w taki sposób, wspomnę tylko o wnioskach, które już sobie układam w głowie, a z takim doświadczeniem - jeszcze wrócę na linię startu Maratonu Gór Stołowych.

P.S.
Mimo osobistej porażki, Maraton Gór Stołowych jest imprezą świetną i niebagatelną. Klimat. ludzie, krajobrazy, trasa biegu, wolontariusze i uczestnicy tego wydarzenia, sprawiają, że sceny z MGS na długo zapadają w pamięci. Warto było tam być!

Damian Orzechowski

3 komentarze:

  1. Zazdroszczę i pięknych widoków i osobistego dramatu! :) dopiero za kilka miesięcy będę mógł wrócić do biegania... Wszystkiego dobrego!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dramatu nie ma co zazdrościć :)
      Dzięki, pozdrawiam!

      Usuń
  2. Moje okolice z dzieciństwa! Pięknie :) Pozdrawiam i życzę samych sukcesów!

    OdpowiedzUsuń