Dać z siebie wszystko, czyli relacja z Orlen Warsaw Marathon

Lubię takie weekendy, podczas których każdy z naszej trzyosobowej rodzinki dostaje coś dla siebie. Wypad do Warszawy na Orlen Warsaw Marathon był naprawdę świetnie spędzonym czasem, który nie ograniczał się wyłącznie do samego startu w maratonie. I fajnie.
W sobotnie popołudnie, Bartek trafił do raju, czyt. poszedł z mamą na wystawę makiet kolejowych :) Jego zamiłowanie do pociągów trwa od pięciu lat i nic nie zapowiada zakończenia tej miłości.
My natomiast, przygotowując się do swoich startów, korzystaliśmy ze społecznego wymiaru biegania, czyli ładowaliśmy makaron w miłym towarzystwie biegaczy z Kielc :)


Dzień startu.
Nie zawsze  wszystko idzie zgodnie z planem. Jak większość z Was wie, Bartek to chodząca biegająca, żywa energia.  Niestety, czasami za to "obrywa" rykoszetem i dopadają go bóle w lewej nodze. Los chciał, że noc przed startem nie zmrużyliśmy oka, a mały prawie całą przepłakał z bólu...
Można powiedzieć, że cała nasza trójka wyszła ze strefy komfortu już przed startem.

Tradycyjnie przed samym startem, było spotkanie drużynowe. Szybkie, bo czasu niewiele, ale takie spotkania zawsze dodają mi energii.


Start
Trzeba przyznać, że start dwóch biegów jednocześnie (10km i maratonu) w przeciwnych kierunkach, robi wrażenie. Wrażenie na pewno pozytywne, gdy patrzy się na to z pozycji kibica, biegacze mieli trochę gorzej. Było po prostu ciasno, o czym dosadnie przekonały się dziewczyny, Karolina i Ola, pchając wózek z Bartkiem.
Jak na większości biegów, również i tu znaleźli się biegacze niereformowalni, tzw. "maratońscy sprinterzy", którzy ładują się do szybszej strefy startowej, chyba tylko po to, by zablokować innych. Cóż, czasami tempo biegu przewyższa tempo przemieszczania się impulsów elektrycznych między neuronami niektórych biegaczy. A szkoda, bo omijanie innych nie jest ani przyjemne, ani bezpieczne. Na szczęście, już pod koniec pierwszego kilometra zrobiło się dość luźno.

Maraton jest dość nudnym biegiem. Pierwsze 20km to właściwie tylko klepanie noga za nogą, nic się nie dzieje, siły są, luźna atmosfera, jakieś rwane pogaduchy. Biegliśmy tak w małej grupce, do mnie i Dula podłączył się jeszcze jeden chłopak, który stwierdził, że padł mu zegarek, to będzie trzymał się nas. A my? My zamiast lecieć planowanym tempem 4:30/km nieco przyspieszyliśmy...Z resztą, Dulu fajnie prowadził, więc czemu nie?
To nie było tak, że nie wiedziałem co robię, że mnie poniosło, gorąca głowa i tak dalej. To było na pełnej świadomości, zwyczajnie podjąłem ryzyko. Po ostatnich biegach miałem uczucie, że mogłem dać z siebie więcej, że nie pobiegłem na maksimum swoich możliwości. Cracovia Maraton - 3:20 na luzie, Półmaraton Warszawski - nawet niezbyt zmęczony, tego było za dużo.
Ryzyko ma to do siebie, że czasami się nie opłaca, ale zawsze czegoś uczy.

fot. festiwalbiegowy.pl

Ja swoją lekcję odebrałem na 36km. Od dłuższego czasu biegłem już sam, Marcin utrzymał świetne tempo na 3:06, a ja walczyłem o jak najmniejszą stratę do niego. Do mety brakowało 7km, tyle co nic, "rzut beretem", ale to było cholernie długie, ciągnące się w nieskończoność 7 kilometrów! Z ataku na super życiówkę, zostały mi tylko zrywy i rozpaczliwe potyczki. Biegowa partyzantka. Psychika "siada", wokół ciebie coraz więcej osób przechodzi do marszu, niektórzy wymiotują, inni walą się pięściami po obolałych od skurczy nogach. Maraton.

fot. pro-run Wrocław

Ostatnie kilometry biegłem, truchtałem, szedłem, na czymś w rodzaju autopilota. Niby wiedziałem co się dzieje wokół, ale reakcje miałem ograniczone. 42 kilometr to maksimum wysiłku i totalny odlot. Przed biegiem umówiłem się z Karoliną, że będą na mnie czekać przed metą, tak abym mógł ją przekroczyć z Bartkiem, ale ja już mało co widziałem, a głosy dochodziły do mnie z opóźnieniem. Nie widziałem ich, a z tego co mówiła późnej Karolina, krzyczała i machała do mnie przez dłuższy czas...
Po przekroczeniu mety wszystko zaczęło wracać, mój maratoński haj powoli się kończył. Meta, Bartek, Karolina, znajomi, którzy już tam czekali, pierwsze wrażenia, krótkie relacje na gorąco.
Koniec. Tyle tygodni przygotowań, treningów, ponad tysiąc wybieganych kilometrów i już po wszystkim.

Czy żałuję obranej taktyki? Nie, chociaż wynik 3:12:56 nie do końca mnie zadowala, mimo to, przynajmniej wiem, że dałem z siebie wszystko. Nie ma sensu gdybać, pewnie przy spokojnym biegu 3:10 byłoby w zasięgu, ale dzięki temu doświadczeniu, wiem, że jestem w stanie pobiec...dużo lepiej.
W głowie kiełkuje nowy cel, nowy plan i chyba o to w tym wszystkim chodzi.

P.s. Karolina, dzięki pomocy Oli pobiegła świetnie na 10km, ustanawiając nową życiówkę 1:04:43...którą poprawiła dwa dni później na treningu :)

Najważniejszy jest uśmiech :)




Damian Orzechowski

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz