Moja Łemkowyna. Relacja z ŁUT 70.

Przychodzi taki czas, że na samą myśl o bieganiu całe moje ciało i umysł głośno i dosadnie woła NIE. To moment, w którym bieganie nie sprawia żadnej frajdy, nie cieszy i właściwie nic nie zmienia, a skoro nie robi różnicy, to znak, że trzeba odpocząć. Gdybym ten stan miał określić jednym zdaniem, brzmiało by ono mniej więcej tak: Rzygam bieganiem.
Od jakiegoś czasu chodziło mi po głowie, że muszę odpocząć od biegania, zrobić reset, zatęsknić za nim, wyznaczyć nowe cele, przemyśleć przyszłoroczne starty i za jakiś czas wziąć się ostro do roboty. Ale został mi jeszcze jeden start, jeden bieg ultra, wokół którego roztacza się jakaś niespotykana aura, coś co sprawia, że uczestnicy tego biegu, mimo, że to dopiero trzecia edycja, już nazywają go kultowym i tworzą nietuzinkowy obraz zmagań na trasach biegnących przez krainę Łemków. 
I chociaż zmęczenie bieganiem i brak odpowiednich przygotowań nie budowało mojej woli walki, to jednak nie wyobrażałem sobie, że mógłbym odpuścić ten bieg.
Łemkowyna miała być moją wisienką na torcie, zakończeniem tego dość udanego dla mnie sezonu, ale już bez spinania się na wynik, ja po prostu chciałem tam być i uczestniczyć w tym wydarzeniu.

fot. Piotr Olszak www.piotroleszak.pl
W krainie Łemków.

Uczestnictwo w Łemkowynie Ultra Trail już przed startem jest niezłym wyzwaniem. Dwa biura zawodów, cztery różne miejsca startu i meta w Komańczy (lub w Chyrowej dla 80km), do tego dochodzi nocleg w okolicy i mamy niezłą układankę logistyczną. To taki przedsmak i znak, że łatwo nie będzie.  Mimo to, na miejscu dało się odczuć panujący tam spokój, zarówno po stronie biegaczy jak i organizatorów, a przecież organizacja ŁUT to musi być karkołomne wyzwanie. I jeszcze coś, co mi się bardzo spodobało - regulamin jest święty! Kontrola wyposażenia i punkt po punkcie odhaczanie czy masz wszystko co mieć musisz. Jeszcze bym opakowani żeli oznaczał numerem startowym, chociaż śmieci na trasie było wyjątkowo mało.

Moja Łemkowyna.
Moje wyobrażenia o Łemkowynie, które zbudowałem na podstawie relacji z lat ubiegłych, ocierały się o jakieś surrealistyczne obrazy, niezwykłą dawkę emocji, doświadczania siebie, w magicznych okolicznościach przyrody. I nie zawiodłem się. Moja Łemkowyna tak właśnie wyglądała. 
Pierwsze 20km to akt czystej przyjemności i cudownych odczuć, szalejące endorfiny, których było prawie tyle samo co błota na trasie. Nie było zmęczenia, poczucia wstrętu do biegania, była czysta radość, którą dało się wdychać wraz z powietrzem. 

Nauczony doświadczeniem, wiedziałem, że to nie potrwa wiecznie, że kryzys pojawi się prędzej czy później, nie sądziłem jednak, że będzie to tak szybko. Nieświadom niczego, z pierwszego punktu na 22km wyleciałem jak z procy, uśmiech nie schodził mi z twarzy, a ja chciałem więcej! Co się stało? Nie wiem, nigdy wcześniej tak nie miałem. Nie byłem w stanie biec, był około 25km i płaski odcinek trasy, a ja nie miałem siły biec. Każda próba kończyła się klęską po kilku metrach, tak jakby ktoś wyjął mi nowe baterie i włożył jakieś stare wysłużone, które pozwalały jedynie na marsz. Coś odcięło mi dopływ prądu i przestawiło myślenie na NIE DAM RADY!!! Po dwudziestu kilku kilometrach chciało mi się spać, byłem osłabiony, było mi zimno, a z nieba nie przestawał padać deszcz. To był mój koniec. 
Zdumiewające jest to, jak wiele wymówek jest w stanie wymyślić nasz umysł, by tylko nie zamęczać organizmu. Przez tych kilka kilometrów miałem co najmniej trzy poważne kontuzje i ze cztery świetne teksty opisujące moje zejście z trasy i wszystkie naprawdę miały sens! 


Może to paczka żelków Haribo, które zjadłem w trakcie tej gehenny, a może jakaś zapadka w mojej głowie po prostu się odblokowała, to w sumie nie istotne. Nagle okazało się, że jednak jestem całkiem zdrów i jeszcze nie umieram, a układane przeze mnie usprawiedliwiające teksty, jednak się nie przydadzą. Po kilku kilometrach kryzysu, zwyczajnie zacząłem biec, a wszystko co złe zostało za mną, w błocie Łemkowyny.
Uświadomienie sobie, że mogę cieszyć się tym co właśnie doświadczam, nie patrzeć na czas i osoby, które mnie wyprzedzają, nie dbać o to czy ja kogoś wyprzedzę, sprawiała, że ten bieg był tylko dla mnie. Bycie sam na sam ze sobą i bycie częścią tego co dzieje się wokół, to ogromny dar i warto było go wykorzystać.

To nie był dla mnie łatwy bieg, wręcz przeciwnie, kosztował mnie dużo wysiłku i maximum skupienia. Tony błota, kałuże, mokradła i "zbiegi" na których ciężko było zachować pionową pozycję. Dźwięk odrywających się od błotnistej trasy butów, na długo zostanie mi w głowie, podobnie jak monotonne i ciche uderzenia kropli deszczu o kaptur mojej kurtki. Bo taka była moja Łemkowyna, trudna, brudna, ciężka i mokra, ale tak jak na koniec biegu pokazała swoje piękne oblicze, w zachodzącym nad górami słońcu, tak ja będę ją wspominać jako jedno z najlepszych doświadczeń w moim życiu. I jeśli tylko zdrowie pozwoli, wrócę tam za rok. 



Damian Orzechowski

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz