La vida es mentolada, czyli historia Ani.



Droga ku marzeniom często wiedzie przez pot, krew i łzy. By zrozumieć i docenić historię Ani, nie trzeba się specjalnie wysilać. Nie trzeba mieć nawet podobnych doświadczeń na koncie, by zrozumieć, że dokonała rzeczy z gatunku „niemożliwych”. Cała metamorfoza, jaką przeszła, i szczerość z jaką o tym opowiada robi ogromne wrażenie. Śledząc blog „La vida es mentolada”, zyskujemy pewność, że Ania to twarda babka. Nic więc dziwnego, że w pewnym momencie swojego życia musiała trafić na Bartka i Jego rodziców. Swój ciągnie do swego, a wszyscy Oni udowadniają, że siłą woli, pracą i determinacją można osiągnąć najwięcej. Barwy drużyny Bartka pasują więc Ani idealnie.






Zdajesz się być kobietą pięknie pogodzoną z samą sobą. To stan, którego większość kobiet nie zna, goniąc wciąż za idealną wersją siebie. Co trzeba zrobić, by poczuć się szczęśliwą kobietą?

Temat akceptacji siebie jest mi szczególnie bliski. Na co dzień obcuję z kobietami w różnym wieku, bacznie je obserwując i rozmawiając z nimi na rozmaite tematy. Obraz kobiety, jaki rysuje się w mojej głowie, to obraz kobiety silnej, niezależnej, pięknej i dobrej – takie cechy da się dostrzec na zewnątrz. Często jednak kobiece wnętrze kryje całe mnóstwo małych tęsknot. Chcemy być doskonałe we wszystkim, zawsze nienagannie ubrane, uczesane, umalowane, z perfekcyjną figurą i odpowiednim wykształceniem. Chcemy być najlepszymi żonami, matkami, przyjaciółkami, kucharkami, kochankami… Często przedkładamy szczęście innych ponad swoje własne a w hierarchii potrzeb rodziny stawiamy się nie raz na szarym końcu. I nie ma w tym nic złego, o ile spełniamy się w roli ogólnie mówiąc pani domu, chociaż mam wrażenie, że kobiety często boją się sięgać po więcej. Ja nauczyłam się czerpać szczęście z własnego wnętrza i całe lata zajęło mi zrozumienie, że tak naprawdę tylko ja sama mogę sprawić, że będę szczęśliwa. Nie uzależniam więc swojego szczęścia ani od rzeczy materialnych ani od partnera, ani od opinii innych ludzi czy własnego wyglądu. Najlepszym przykładem niech będzie fakt, iż zawsze chciałam osiągnąć pewną liczbę na wadze i wydawało mi się, że jeśli to zrobię, wszystko inne ułoży się samo a ja będę od tej chwili już tylko szczęśliwa. Jakież było moje rozczarowanie, gdy waga pewnego dnia wskazała tę liczbę a ja będąc wtedy na siłowni spojrzałam na siebie w lustrze i zadałam sobie jedno pytanie: „czy teraz jesteś w końcu szczęśliwa?” Odpowiedź oczywiście była negatywna. Zrozumiałam wtedy, że szczęścia należy szukać w sobie i w małych chwilach, z których składa się nasza codzienność. Dziś jest mi dobrze ze sobą – taką, jaką jestem, mimo że ciągle są we mnie rzeczy, nad którymi pracuję. Nie gonię już jednak ideału, który nie istnieje i wiem, że cokolwiek by się nie działo, ja zawsze będę sobą – i za to siebie najbardziej cenię.

Nic lepiej nie działa na wyobraźnię człowieka, niż żywy przykład dokonania rzeczy, z założenia, niezwykle trudnej. Zgubiłaś 40 kilogramów. Co było dla Ciebie największą motywacją do ostatecznego rozprawienia się z nadwagą, która towarzyszyła Ci już od wielu lat?

Według mnie nadwagę i otyłość ma się w głowie. Tak było przynajmniej w moim przypadku. Całe lata zmagałam się z samą sobą, zajadając po cichu różne emocje, które mną targały na różnych etapach mojego życia. Patrząc z perspektywy czasu widzę, jakie błędy popełniałam, zupełnie nie mając świadomości, dokąd to wszystko zmierza. Uważam, że motywacji należy zawsze szukać w sobie. Ludzie decydują się na zmiany, kiedy jest im z czymś niewygodnie. Mój poziom niewygody osiągnął już swoje maksimum, kiedy to zdecydowałam, że nie chcę już dłużej tak się czuć. Psychicznie przygotowywałam się jakiś czas do tej zmiany i po prostu czułam, że tym razem się uda. Bez szybkich diet, bez dróg na skróty, bez kombinowania i oszukiwania samej siebie. Postawiłam na zmianę od 1 stycznia 2013 i uwierzyłam w to, że ten rok będzie tylko mój. I tak też się stało! Jeśli się czegoś bardzo chce, to zawsze znajdzie się sposób, żeby to osiągnąć, nawet mimo niesprzyjających okoliczności. Dziś z sentymentem wspominam moje pierwsze po wielu, wielu latach treningi w kuchni mojego ówczesnego partnera rozmiarów 2x2. Nie miałam wówczas żadnych wymówek, ja całą sobą pragnęłam w końcu udowodnić samej sobie, że stać mnie na więcej. W głębi wiedziałam, że moja dusza męczy się w tak zaniedbanym ciele, po prostu czułam, że nie jestem sobą. Po pierwszych efektach wpadłam jak śliwka w kompot i od tamtej pory mogę śmiało powiedzieć, że jestem zupełnie inną osobą.

Brak konsekwencji to przyczyna większości niezrealizowanych planów, tych sportowych i tych pozasportowych. Znalezienie motywacji to jedno. Co zrobić by jej nie stracić?

I tu dochodzimy do sedna sprawy. Znam z pierwszej ręki historię pewnego mężczyzny, który schudł 50 kilo i w niedługim czasie wrócił do wagi wyjściowej. Pierwsze pytanie, jakie przyszło mi do głowy to „jak to możliwe?” Zmarnować taki kawał ciężkiej pracy? Dla wielu z nas jest to niepojęte. Myślę, że powodem niepowodzenia tego pana był fakt, iż skupił się on na samym celu. Nie bez przyczyny mówi się „pamiętaj o swoim celu, lecz pokochaj drogę do niego”. Ja od początku nastawiłam się na pokonywanie drogi do lepszej wersji samej siebie i los chciał, że zakochałam się w niej na tyle, żeby już na niej zostać. Można zrobić wiele rzeczy na odwal się, ale zero w tym frajdy, zero pasji. A ja lubię robić rzeczy, które sprawiają mi przyjemność – dlatego moja droga do celu przyniosła mi (i nadal przynosi) całą masę satysfakcji. Co jeszcze można zrobić, by nie zgubić motywacji? Nie osiadać na laurach. Trzeba wyznaczać sobie kolejne, małe cele i stopniowo podnosić poprzeczkę. Ale przede wszystkim trzeba wierzyć w siebie i nie bać się sięgać po więcej.

Postanowiłaś podzielić się swoimi doświadczeniami z innymi ludźmi, dlatego powstał blog „La vida es mentolada”. Czy traktujesz swoją internetową aktywność, jako swego rodzaju misję? Chęć pomagania innym zdaje się być dla Ciebie ważną sprawą?

Misję poczułam na długo przedtem, zanim w ogóle powstał pomysł założenia strony. Od zawsze kochałam pisać i pomagać innym ludziom a w trakcie szukania samej siebie odkryłam, że motywacja niemal wylewa mi się uszami. Poczułam, że jest to tak wielki potencjał, że nie mogę go zmarnować i zapragnęłam powiedzieć całemu światu, że skoro mnie się udało, to może udać się każdemu. Dosłownie! Dobrze pamiętam dzień, w którym założyłam bloga i funpage na Facebook’u – początkowo byłam przekonana, że będę pisać sama dla siebie. Jakie było moje zdziwienie, gdy pojawiły się pierwsze polubienia i komentarze! To, co wydarzyło się w ciągu kolejnych kilkunastu miesięcy przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Poznałam całą masę życzliwych, serdecznych osób, które tak samo jak ja były zwariowane na punkcie sportu i motywacji. Te interakcje z taką masą pozytywnych ludzi sprawiły, że urosły mi skrzydła i czułam, że mogę dosłownie wszystko. Gdyby nie decyzja o opowiedzeniu mojej historii, nie byłabym uczestnikiem tak wielu cudownych wydarzeń i nie miałabym dzisiaj tak wielu cudownych znajomych a nawet Przyjaciół. Założenie strony traktuję jako jedną z najlepszych decyzji w swoim życiu! Poza tym uważam, że wszystko do nas wraca. Dziś nadal czuję potrzebę podnoszenia na duchu innych, pomagania im i wspierania, po prostu bycia częścią ich drogi – mimo, że czasem mam wrażenie, że moja pomoc jest znikoma, to jednak lubię dawać ludziom poczucie, że wszystko będzie dobrze. I tak, możesz nazwać to moją misją.





Czasem, gdy pomagamy drugiemu człowiekowi, w zamian dostajemy od życia bonus. Tak też stało się w przypadku akcji „Piątka dla Bartka”. Wzięłaś udział w biegu, i tak odkryłaś pasję do biegania?

Hmm… Z tym moim bieganiem to była ciekawa historia 😉 Dawno, dawno temu bardzo nie lubiłam biegać i w życiu nie przypuszczałam, że kiedykolwiek zmienię zdanie. Do momentu, w którym trafiłam na Bartka, Karolinę i Damiana. Im bardziej zagłębiałam się w Ich historię, tym bardziej czułam, że chciałabym Ich kiedyś poznać. Idea pomagania przez bieganie wydała mi się tak cudowna i tak prosta, że nie zastanawiając się długo postanowiłam spróbować. Zaczęłam od marszobiegów a mój pierwszy przetruchtany bez zatrzymania kilometr zajął mi…12 minut! Potem wszystko było już tylko lawiną wydarzeń… Dostałam w prezencie Bartkową koszulkę mocy, którą dumnie zakładałam na moje wieczorne truchtanie. Wtedy jeszcze wychodziłam biegać tylko po ciemku, żeby nikt nie widział, że oddycham z otwartą buzią (serio serio!) Koszulka dodawała jednak mocy – biegając w niej byłam dumna i w środku aż chciało mi się krzyczeć, że biegnę właśnie dla Bartka! W maju 2014 roku odbyła się druga edycja Piątki dla Bartka, w której wzięłam udział. To był mój pierwszy oficjalny start na dystansie 5 kilometrów, który zaliczyłam w samotności (startowałam w wirtualnej Piątce, w Warszawie), ale ze świadomością bycia częścią czegoś wielkiego. Czułam wówczas wirtualne wsparcie mojej Madzi (Pierniczka), która biegła Piątkę u siebie w Toruniu oraz wszystkich, którzy na terenie całego kraju startowali w Piątce, ale przede wszystkim wiedziałam, że nie robię tego tylko dla siebie. Na kolejnej Piątce spotkałam się ze wszystkimi już realnie, w Kielcach – to był niezapomniany czas i niezapomniane emocje, które noszę w sobie do dzisiaj. Miałam okazję poznać bliżej Damiana i Karolinę, którzy gościli mnie i Madzię we własnym domu (!!) a Bartek totalnie skradł moje serce. Nigdy nie zapomnę, kiedy podczas wspólnej wizyty w restauracji (w Warszawie) usłyszałam od Bartka „kocham Cię, ciociu” – te słowa warte były każdej przebiegniętej w mękach minuty i każdego przekleństwa, które padało z moich ust, kiedy to wielokrotnie nie miałam już siły biec… Bo z tym bieganiem to u mnie jest tak, że troszkę je kocham, a troszkę nienawidzę 😉 To jednak niezaprzeczalny fakt – dostałam od życia wielki bonus w postaci nowej pasji oraz możliwości bycia częścią wyjątkowej Drużyny.

Co daje przynależność do wyjątkowego team’u jakim jest „Drużyna Bartka”? Jak, w kilku zdaniach, zachęciłabyś do dołączenia tych, którzy jeszcze się wahają?

Drużyna Bartka to coś więcej, niż grupa ludzi, których połączyła miłość do biegania. To jedna wielka Rodzina, zrzeszająca ludzi wielkich serc. Ciężko jest w kilku słowach opisać to, co przeżyłam będąc członkiem Drużyny, ale mogę śmiało stwierdzić, że dzięki takim ludziom jak ci, którzy biegają w Bartkowych koszulkach, wierzę w to, że dobro powraca. Jeśli więc czyta to ktoś, kto chciałby w prosty sposób pomóc Bartkowi i Jego Rodzicom, niech wie, że nie ma do tego prostszej drogi. W Drużynie każdy jest mile widziany i przyjmowany z niesamowitym ciepłem. Każdy jest kimś wyjątkowym i ważnym, bo cała Drużyna jest tak samo ważna jak poszczególni jej Członkowie.

Które z biegowych doświadczeń mają dla Ciebie szczególne znaczenie? Które chciałabyś powtórzyć?

Od chwili, w której przebiegłam swój pierwszy kilometr bez zatrzymania, każde wyjście na bieganie było dla mnie wyjątkowe. Każdy oficjalny start w Bartkowej koszulce, jak i każde anonimowe wyjście na osiedlowe alejki. Każdy kolejny kilometr pokonany nierzadko z myślą „daleko jeszcze??”, jak i ten, w którym nogi niosły mnie jak szalone. Na szczególne miejsce zawsze zasługiwała będzie trzecia edycja Piątki dla Bartka, w której całą Drużyną wbiegaliśmy razem na metę – tego dnia wydarzyła się w moim sercu magia 😊

Jakie masz plany na najbliższe miesiące, jeśli o sportową aktywność chodzi? Możesz coś zdradzić?

Plan jest taki, żeby w końcu wrócić do biegania… Tak, tak – tej zimy niemal całkiem zarzuciłam bieganie – po trosze związane było to z problemami zdrowotnymi i nawracającym bólem stawu biodrowego, po trosze z aurą. Wychodzę z założenia, że to, co robię musi sprawiać mi przyjemność, dlatego nigdy w życiu nie chciałam zmuszać się do biegania. Jeśli mam biegać, to muszę tego naprawdę chcieć. Zimę poświęciłam więc na treningi fitness, które zawsze były dla mnie wielką frajdą, ale pomału zaczynam snuć nowe plany biegowe. Do tej pory uzbierałam kilkanaście przeróżnych medali – niewykluczone, że w tym roku do mojej małej kolekcji dołączą kolejne. Najważniejsze jest jednak dla mnie to, żeby, jak pisze moja biegowa przyjaciółka Magda, nie zabiegać radości z biegania. Pewnie, że chciałabym kiedyś wystartować na dystansie dłuższym, niż dycha – po cichu marzy mi się od dawna półmaraton – ale jeśli kiedykolwiek to zrobię, to tylko po to, by udowodnić sobie, że mogę. I schowam medal do szuflady. Póki co jednak zamierzam znowu biegać moje ukochane piątki, nie dla czasu a sama dla siebie.

Może na koniec kilka motywujących, słonecznych słów, dla czytelników bloga „Nasz Maraton”?

W dzisiejszych czasach ludzie wstydzą się pomagać, często udając, że to nie ich problem i licząc, że ktoś inny załatwi to za nich. Z drugiej strony boimy się także o pomoc prosić a przecież razem można więcej! Dlatego każdy, kto w jakikolwiek sposób pomaga, jest w moich oczach Superbohaterem. Każdy z Was jest wyjątkowy! I tak jak napisał Damian w jednym z postów na blogu, każdy, kto zakłada Bartkową koszulkę, zostawia ślad w Bartkowym życiu. Oby nigdy nie zabrakło nam odwagi do bycia sobą oraz miejsca w sercu, dla innych.





Dziękuję za rozmowę;)

Damian Orzechowski

1 komentarz:

  1. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń