Roztoczańska 80-tka!

To miał być luźny bieg na otwarcie sezonu ultra. Dobre, płaskie przetarcie przed górami. Niczego sobie nie zakładałem, a oczekiwania, po sprawdzeniu listy startujących, to co najwyżej lokata w pierwszej 20 uczestników. Pełen luz na pięknej, roztoczańskiej i prawie rodzimej ziemi. 

"Wiosna wybuchła mi prosto w twarz..."
Na Roztoczu, wiosna wybuchła prosto w twarz gorącym latem! Było ciepło, było zjawiskowo pięknie i niespodziewanie długo. Okazało się, że z osiemdziesięciu kilku kilometrów, dystans biegu zwiększył się do około 88km, a jak ktoś miał "szczęście" to bez problemu przekroczył 90km. Drogą dedukcji, gdzieś na 65km, wspólnie z nowo poznanym kolegą Grzegorzem, stwierdziliśmy, że to w sumie niezła promocja, bo w końcu płacone było za zaledwie 84km.


Na Roztoczu nie byłem przez ostatnie 20 lat, chociaż przez Szczebrzeszyn przejeżdżam średnio kilka razy w roku. Ultraroztocze stało się cudowną okazją, żeby przypomnieć sobie jak tam jest pięknie, a przy okazji trochę pobiegać.

Trasa choć płaska, była pełna mniejszych i większych wzniesień, wąwozów i pól, ale przede wszystkim dało się odczuć fragmenty, na których królował piach. Jeżeli ktoś z was biegał kiedyś po plaży, to tak wyglądały niektóre fragmenty odcinki. Poza tym, trasa biegu prowadziła leśnym ścieżkami, polnymi drogami, znalazło się trochę szutru i kamieni i jak na tyle kilometrów, bardzo mało asfaltu.
Nie jestem najlepszy w opisywaniu walorów przyrody, ale bez wątpienia, trasa tego biegu jest jedną z najpiękniejszych po jakich miałem okazję biegać. Szczególnie o tej porze roku, kiedy na polach żółtymi kwiatami, w górę pnie się rzepak, a jego jaskrawa barwa przeplata z zielonymi odcieniami młodego zboża. 

fot. Ultraroztocze/facebook

Prze- Bieg.
Te zawody były dla mnie biegowym roller coaster'em. Gdyby ktoś przed biegiem zapytał mnie o planowany wynik i wskazał na 11 miejsce open, brałbym je w ciemno! Ale perspektywa zmienia się bardzo, kiedy przez sporą część trasy znajdujesz się na drugiej pozycji w klasyfikacji generalnej! To była dla mnie zupełna nowość i chociaż było w tym trochę przypadku, bo kilku biegaczy zgubiło trasę, to przez chwilę mogłem poczuć się jak prawdziwa elita biegów ultra. Z poznanym na trasie Grześkiem, od 30km do około 67-70km byliśmy na drugiej pozycji. Naszą czujność uśpił nieco Tomek Komisarz, zwycięzca na dystansie 115km, który mijając nas lekkim krokiem na 63km stwierdził, że nikt nas nie goni. A gonił i to skutecznie jak się okazało, chłopak z który ostatecznie zajął trzecie miejsce. Kiedy pojawił się za naszymi plecami, ustaliliśmy, że Grzesiek, który był w zdecydowanie lepszej kondycji, powalczy dalej o drugą lokatę, a ja postaram się utrzymać na trzecim miejscu. Niestety, szybko okazało się, że z moich planów nic nie wyjdzie. Przez kilka kilometrów trzymaliśmy się blisko siebie w walce o trzecią pozycję, kiedy ja zaliczyłem - jak się potem okazało - najboleśniejszy upadek podczas biegu. Polna droga, lekko z górki, rozpędzam się i sru! Korzeń! Gleba, skurcz w łydce, noga sztywna. Pozamiatane. Podnoszę się po kilku minutach, próbuję truchtać, kolejny skurcz. I jeszcze jeden, i następny. Po zawodach. 

Bieg przeszedł w marsz, od czasu do czasu przerywany truchtem. Niestety, skurcze nie pozwoliły mi na nic więcej. Pod koniec do skurczy dołączyła kolka, a wtedy już nawet szybki marsz był problemem. Kilometry dłużyły się niemiłosiernie, a ja poznawałem zupełnie stany psychiczno -  fizyczne. te fizyczne to raczej norma, ot ból wszystkiego, każdego mięśnia nóg, każdego stawu i skurcze. Z rzeczy niespotykanych pojawiła się natomiast próba wymiotów, ale ona tez okazała się porażką, bo przecież już nie było czym wymiotować. 
Bardziej bolesne okazało się poczucie utraconej szansy na świetny wynik. Coś co wydawało się niemożliwe, przez chwilę było bardzo realne, a zabrakło bardzo niewiele. Najbardziej dołujące było to, że mogłem tylko patrzeć jak wyprzedzają mnie kolejne osoby, a ja nie byłem w stanie nic zrobić. Złość, bezsilność, rezygnacja. Pamiętam, że ciągle powtarzałem sobie - nigdy więcej! Żadnej setki w Krynicy, żadnego ultra! 
Doczłapałem do mety jako 11 zawodnik w open. Do trzeciego miejsca w kategorii wiekowej zabrakło mi ok. 30 sekund. To było bardzo dziwne uczucie.

Retrospekcje.

Jak to zwykle bywa, wszystko zmienia się po przekroczeniu linii mety. A kiedy dodamy do tego kilka dni i nabierzemy dystansu do całej sytuacji, można by nawet rzec, że to był niezły start. 11 miejsce na 63 osoby wstydu nie przynosi, choć szkoda straconej szansy. Co więcej, miałem możliwość biec w pięknych okolicznościach przyrody, poznałem kilka naprawdę fajnych osób, a do tego zdobyłem kolejne doświadczenie. Bilans zdecydowanie na plus! 
Jeżeli tylko zdrowie pozwoli, wracam na te ścieżki za rok i polecam je z całego serducha. 

P.s. Setkę w Krynicy też pewnie pobiegnę ;)






Damian Orzechowski

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz