Góry Stołowe - zemsta!

Raczej nie należę do mściwych ludzi. Zdecydowanie częściej odpuszczam niż pomstuję i planuję zemstę, ale w tym przypadku było zupełnie inaczej. 
Dramat Gór Stołowych, który odegrał się w 2015 roku ze mną w roli głównej, nie pozwolił mi zapomnieć o tym biegu i moim upodleniu. Ta porażka (na własne życzenie) tkwiła we mnie jak zadra w palcu - głęboko i nie dawała spokoju.


fot.M.Krukiewcz



Zemstę planowałem na chłodno, odczekałem swoje, nabrałem doświadczenia i trochę obycia w biegach ultra, posłuchałem żony, która powtarzała od kilku tygodni "tylko nie leć jak wariat na początku, bo później jęczysz, a ja przeżywam" no i trafiliśmy na świetną pogodę do biegania.

Maraton Gór Stołowych to dość specyficzny bieg. Niby tylko 50km, ale gwarantuję, że większość amatorów startujących na tej trasie, już na pierwszym punkcie kontrolnym (8km) doskonale czuje swoje "dwójki" i "czwórki" lub jak kto woli, całe uda. Bieg przypomina wchodzenie i schodzenie po schodach, trasa chwilami jest bardzo trudna technicznie, jest dużo skał i korzeni, ale przy okazji, jest bajecznie piękna! Skały przybierają tam nieprawdopodobne kształty i aż żal jest je mijać "tak szybko". 

Wracając jednak do biegania i mojej zemsty. Plan oficjalny był taki, żeby zmieścić się w 7h. Po cichu liczyłem na 6:30, a cholernie bałem się powtórki z rozrywki i kończenia biegu powyżej 7:30.
Jak już wspominałem, tym razem posłuchałem żony i początek był spokojny. Pierwszy punkt na luzie, może nawet trochę za wolno. Drugi punkt, 18 kilometr i wszystko gra, noga podaje, jest dobre samopoczucie, jest niezły czas. 
Na trzecim punkcie uzupełniam bukłak i jem najlepsze pomidory z solą. Jeśli biegi można kojarzyć ze smakami, to SGS smakuje jak pomidory z solą w Pasterce. 

fot. M.Krukiewicz
Z trzeciego punktu wybiegam z głową pełną obaw. Tu tutaj, dwa lata temu, rozpoczął się mój dramat. To od tego miejsca, do końca biegu, bolało mnie chyba wszystko co tylko może boleć podczas wysiłku.
Tym razem jest inaczej. Czuję zmęczenie, chociaż to zaledwie 30km, ale czuję też, że to zmęczenie nie  przeszkodzi mi w uzyskaniu dobrego czasu. Osławioną "Pętelkę Hercoga" pokonuję jako 103 zawodnik, a co najważniejsze, nie odbiera mi ona sił.
Czwarty punkt to ładowanie baterii od zebranych pod Szczelińcem kibiców. Doping w tym miejscu był chyba nawet lepszy niż na mecie. Łyk coli i lecę dalej, dosłownie lecę, bo to fragment około 3km zbiegu.


Najtrudniejszym etapem tego wyścigu, w tym roku, okazał się dla mnie odcinek od 40 do około 46km. Nużące wejście na Błędne Skały, a następnie droga pełna korzeni i piasku. na zmęczonych nogach to naprawdę trudny odcinek. Mimo to, udaje mi się wyprzedzić tu kilka osób, a poza tym stad już widać metę...

Schody. Dwa lata temu, na schodach wiodących na Szczeliniec (metę) odgrywały się sceny dantejskie. W tym roku, pokonanie ponad 600 schodów zajęło mi około 3minut. A po nich...Po nich było już wspaniale. Doping kibiców, dźwięk dzwonków i motywujące okrzyki, a ostatnie metry pokonane z Bartkiem.
Taka zemsta smakuje wręcz wybornie!

fot. M.krukiewicz

Jak się okazało, byłem jednym z ostatnich biegaczy, którzy zdążyli wbiec na metę przed ogromną ulewą, która przeszła przez Góry Stołowe...Tyle szczęścia już dawno nie miałem :)
Maraton Gór Stołowych bez wątpienia zapadnie w mojej pamięci jako jeden z najgorszych i najlepszych biegów w mojej "karierze". Po dwóch latach wróciłem na pewno mądrzejszy ale i z większą pokorą do biegów ultra, nawet tych krótkich na 50km. Mija tydzień od biegu, a ja bez wątpienia ciągle "jadę" na endorfinach przywiezionych z Gór Stołowych. I oby takich biegów było więcej w moim wykonaniu.

P.s.
SGS ma wg mnie dwie wady. Pierwsza to brak posiłku na mecie biegu (pasta party odbywa się w Pasterce), to trochę psuje rewelacyjną wręcz organizację biegu. Ale druga wada jest jeszcze gorsza. Góry Stołowe są tak cholernie daleko od Suchedniowa...gdyby nie odległość, robiłbym wszystko, żeby co roku stawać na starcie SGS! 






Damian Orzechowski

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz